pojawiła się i jest.
może już pora zamknąć tego bloga?
czytam stare notki i jakoś tak ściska mnie tu na prawo od serca, trochę jakbym miała wyrzycić starą zasłużoną książkę.
ale może trzeba coś zakończyć aby zacząć coś.
spokój i powolność. uczę się powoli przechodzić przez ulicę i uśmiechać do kolejek supermarketowych. a jak w moim żołądku pojawia się taka ściśnięta kulka to sobie będę wyobrażać jak ją powolutku rozsupłuje aż cała jestem zaplątana w metry kolorowej włóczki. nauczę się brać ją między palce i starannie rozcierać aż na drobny kolorowy pył.
pomożesz mi z tym stresem?
Pewnego razu zachodni turyści postanowili wejść na Mount Everest. Wynajęli Szerpów by nieśli ich bagaże. Posuwali się szybko w górę aż w pewnym momencie Szerpowie siedli i nie ruszają się z miejsca.
- co się stało? - zapytali zdziwieni turyści.
- Nic – spokojnie stwierdzili Szerpowie. - Po prostu za szybko szliśmy i nasze dusze zostały z tyłu. Teraz musimy na nie poczekać.
cały tydzień zostawiam duszę w tyłu i w piątek wieczorem kładę się spać powolutku, nie nastawiam budzika, nigdzie się nie spieszę, nic nie muszę. odpoczywam powolutku. moja dusza potrzebuje miękkiego dotyku. jestem już bardzo dorosła i nie wypada mi płakać. a jednak jakoś tak niefajnie jest w pracy ostatnio i zastanawiam się czy tak musi być, czy chcę ukojenia nospy i melisy. w piątek każdy centymetr mojego ciała był napięty i gotowy do ucieczki. uciekłam do mamy, nie chciałam złotych rad ani uważnego ucha. chciałam żeby mnie przytuliła jak wtedy kiedy byłam mała i zawsze mogłam się za nią schować. to był dzień dziecka.
słowo „odpocząć” zawiera w sobie inne „począć”. od-poczywam od wszystkich dzieł swoich żeby o nich pomyśleć. o sobie pomyśleć. żeby począć refleksję. całe pięć dni jestem zabieganą Martą a w weekend staję się Marią, siadam u stóp Ciebie, swoich myśli, swojego serca. z pamiętnikiem, Biblią, aparatem, książką. przytul moją duszę jak mama przytuliła mnie w piątek. marzę o tym, żeby słowa Psalmu 131 stały się moimi.
„zaprowadziłam ład i spokój do mojej duszy.
jak niemowlak u swojej mamy – tak we mnie jest moja dusza”
jest 23 prawie a ja jestem wcale niespakowana.
tak na ostatnią chwilę jest wbrew pozorom najprzezorniej bo się o wszystkim pamięta.
wyruszam w zieleń uzbrojona w buty górskie, aparat, handfull of hope and a pocket full of dreams.
a! i jutro już się kawy na śniadanie napiję :]
już 7 dzień nie piję kawy i muszę przyznać, że znoszę to lepiej niż myślałam. Ćwiczenie to proste pokazuje, że naszym życiem żądzą nawyki, którymi to my powinniśmy rządzić. Pokazuje również, że nie ma takiej rzeczy na ziemi bez której nie dałoby się żyć tu i teraz (no, może oprócz powietrza).
Tymczasem wiosna chyba rozgościła się już na dobre, na drzewach, na niebie i w moich żyłach. Z zakamarków moich mięśni i płatów czołowych wydobywa się energia i pomysły, teraz trzeba mądrości żeby z nich wybrać. Kładę głowę na piersi Wsniewyszniego. Jak się wsłucham dostatecznie to może i moje serce zrobi się takie duże i ciepłe.
tymczasem czytam, słucham Franka Sinatry i śnię o włóczykiju.